Padało może 2 godziny, pobiegłam do sąsiadki na dole jak zobaczyłam, że w sadzie u mamy, na stosunkowo płaskim terenie robi się jezioro, a odcinek drogi wjazdowej odpłyną. Zbiegło się jeszcze kilku sąsiadów, gołymi rękami rwaliśmy darninę, zmienialiśmy bieg „rzeki”, podjechał sąsiad stodoły na rowerze.
-a myślisz że u ciebie jest lepiej… .
Ocknęłam się, no tak… Stodoła! Raz dwa.. liczyłam ile jest osób.
-to,…to ja idę..
W życiu tak szybko nie biegłam.
Ojciec i pan Heniu bezradnie machali szpadlami zwalając ziemię, żeby zatamować choć jeden bieg. Łapałam muldy ziemi, które się rozpadały. Płyty, mam płyty, pobiegłam.. Człowiek nie myśli co robi. Wyłowiłam je ze stodoły, kątem oka popatrzyłam tylko na kanapę Patusi, której nóg nie było widać spod wody. Ustawiliśmy tamę. Jak zbiegałam po wybroczynach mojej niegdysiejszej drogi dojazdowej poryczałam się, jak głupia, a myślałam, że zapomniałam już jak to się robi. Zawróciłam.
Powoli poszłam w stronę piwnicy. Wody było po okienka.. i tak się teraz zastanawiam czy przypadkiem jestem normalną osobą. Stałam chwilę patrząc na tą wodę i zaczęłam się śmiać. Pomyślałam, co ty robisz kretynko. Jak bardzo to pomogło:) Udzieliło się wszystkim. Deszcz zelżał rzeka przez stodołę płyneła dalej. Dzieci zostały z mamą bezpieczne, więc tak na prawdę nic się nie stało, całkowicie nic:)) Wyniosłam z Krzyśkiem tylko kanapę Patusi na górę, reszta mebli, które nazwoziłam dzieciom zostało. Przestało padać. Rzekę zatrzymaliśmy. Woda drenami spłynęła z przyszłego garażu i kotłowni. Piwnicy pomagali strażacy po interwencji burmistrza, który przyjechał ze sztabem kryzysowym w postaci WDP:D. OSP przyjechała wieczorem jak ogarnęli pozostałe budynki.
-przecież to gospodarczy, może poczekać do jutra
-nie proszę pana, to już nie jest gospodarczy

Dopiero jak robiłam zdjęcia później, zobaczyłam, że jestem w klapkach:)
Elektryk… tak miał już być tylko czekał na ścianki, zamiast stawiać owe trafiłam wreszcie na dobrego stolarza, i w komitywie z nim właściciela cnc oraz tapicera.
-czemu nie ma was w internecie? (pytałam jak odwiedzałam każdego z nich przy okazji omawiania aktalnego projektu który właśnie będzie się materializował)
-:)))bo my nie robimy na Polskę:D, ale małe zlecenie możemy przyjąć. Problem? Jaki problem?

Pomimo tego że palcem nie tknęłam na swojej budowie z lekkim poczuciem winy (bo do września muszę skończyć), ten tydzień obudził mnie z jakiegoś dziwnego letargu.
„Czas”, czas to „produkt” luksusowy. Przez weekend zapomnę mam nadzieję że istnieje. Znikam. Choć na te parę chwil:)))))))
Miłego.
20160727_110128[1]

DSC_0538