Miesięczne archiwum: Kwiecień 2013

A w górach śnieg

Ku przestrodze: przypominam o istnieniu kremu z filtrem. Kicior zapomniała i teraz bez maślanki nie podchodzić do mojego tylnego korpusu.

Studzienek wczoraj nie robiłam, bo muszę zrobić nie jedną, a wszystkie, czyli 4 techniczne i jedną głębinową. Wpadłam jedną nogą w rozsączającą i zbierającą nadmiar od głębinowej, bo zapomniałam o jej istnieniu. Skończyło się więc na czyszczeniu studzienek ze szczurów i innych nieżyjątek.

Załatwione pokrzywy. Wszystkie 3 centymetrowe cholerstwa opryskałam, nie jadam swoich wrogów:). Jeżyny wypalone, bo tego dziadostwa niczym nie dało się ruszyć. Stodoła bogatsza o 3 orzechy, vis-à-vis okien i tarasu. Mam plan (jak zwykle) jak podrosną, o ile zadomowią się na tej gliniastej glebie, zrobić z nich taraso-siedzisko, zadaszone liśćmi, kontynuacja tego wyłożonego cegłą. Aaa i Patka ma swoje marchewkowe pole:) Nieduże, raptem 2 na 2. Marcheweczka otoczona nornicami i leśnymi zwierzami, nie ogrodzona. Tu liczy się prawo dżungli, tylko najsilniejsze doczekają się zupy;)

Stodoła puszcza do Was zalotne słoneczne oczko, trzepocze rzęsami. W przed majówkowy tydzień znów do niej jadę.

Plan:

  1. Studzienki. To już będzie poważna budowa, zwłaszcza jeśli chodzi o kołnierz głębinowej. Ja chcę porządnie wymurować, a współposiadacz się upiera przy prowizorkach, ale ja się nie dam:)
  2. Taczka i wszelkie kamole. W tym kilka pokaźnych bazaltów oraz cegły które wygrabiłam wczoraj na podjazd i ‚murek’ oporowy.
  3. Odchwaszczanie. Drugie podejście. Tyle starczy.

a1

a2

a3

a4

I muzyczka, przyjemności czerpania z kończącego się tygodnia, a zaczynającej się pory letniej. Pozdrawiam.

Wiosna

Nie wyobrażam sobie, że mogłabym przestać projektować. Robię to, ale nic nie wcielam w życie. Wbił mi ktoś („ktoś” mi kiedyś bliski) szpilę wypominając ów fakt. Zabolało i boli dalej. Kataloguję znaleziska z sieci, całe opasłe katalogi moich wątpliwości i nie mam z kim ich skonsultować.

Do Stodoły jadę w środę. Trzeba poświęcić jej trochę uwagi, wyszorować z mchu północną ścianę, trochę potraktować cegłę chemią, zrobić tą studzienkę dla pompy. Bardzo, bardzo potrzebuję kontaktu z materiałem. Nic nie pozwala tak psychicznie odpocząć. Wystarczy jeden dzień. O, i jeszcze jedno. Wiem, że da się żyć w mieście, nauczyć się jego rytmu. Wszystko się da. Jednak nie tym dla których dom nie kończył się w czterech ścianach, a chowały go topolowe i mieszane lasy, stawy sąsiada, sady, łąki i pola, i widnokręgi niezliczone, inne o każdej porze dnia. Moim biednym dzieciom funduję to doraźnie i myślałam, że tak bardzo im nie przeszkadza jak mi, taki stan rzeczy, ale wczoraj jak wróciłam ze szkoły dostałam od córki list błagalny, taki rysunek na jakimś świstku papieru. Ona domem nie nazywa mieszkania gdzie w jakiś sposób próbujemy funkcjonować mnożąc jego funkcje. Ona domem nazywa Stodołę. Bo stodoła nie jest tylko budynkiem, ona jest sposobem życia.
111

Plan działania

Dość gorzkich żali. Pierdoły. Jak śmiałam. Kicia wróć do pionu. Oj, potrzeba mi kogoś kto mną potrząśnie na opamiętanie.

Plan. Do piątku makieta domu. Do przyszłej soboty też ogrodu i 2 projekty, choć chyba nie zdążę dwóch na raz, może plansze. Po drodze: w ten piątek Maćków w Domarze, do środy wniosek do UP. Na początek wystarczy. Zamknąć się muszę w 3 tygodniach. Koniec planu. Ksiąg nie liczę bo to dzienny standard w przededniu Komunii. Kurcze, zapomniałam o nocy muzeów, na to 3 dni max.

Nazbierałam dziś „coś:)” nad jeziorem do makiety ogrodu. Wysuszę, pokruszę ma pył i będzie trawa w skali 1:100. Do UP, bo kupuję maszynę do grawerki, a to ostatni rok dotacji. Potrzebuję 20 tys. Taaak. Nie ma czasu na pierdoły. Za dwa tygodnie prywatny animator (Katarzyna) zorganizował wypad do stadniny. Nawet nie wiem gdzie, gdzieś na pogórzu. Dzieciaki będą latać z wędkami i jeździć na konikach, a ja, a raczej my, dziewczyny jak wino, co z wiekiem zyskujemy na wartości;) żegnamy nasze ostatnie 20ścia. Tak, rocznik 1984. Byle bez śniegu, nasza banda dzieciata i z 8 osób zrobiło się 13:)

I jeszcze na koniec pioseneczka:

W gruncie rzeczy

Woda, żywioł mój ulubiony. A tu, dobiera się do mojej stodoły. Niedobra. Drżą mi dłonie za każdym razem kiedy wchodzę po tych skrzypiących schodach sprawdzić plombę, którą założyłam na pęknięciu budynku jeszcze latem…

Wysadziło posadzkę. Nową pompę wożę w bagażniku, czeka na plusowe temperatury. Jakiś czas temu liczyłam, że uda mi się wymurować studzienkę na święta. Już po i bardzo trudno będzie mi zorganizować czas, żeby to zrobić. Nawet jak już rekordowo dobije do tych 6 na plusie.

PS. Lekarstwo na drżące dłonie:) kilometr pręta nagwintowanego na końcach odcinków plus nakrętki, plus osoba która (przy)trzymałaby drugi koniec. I mogłabym spać spokojnie.

A ostatnie zdjęcie, ojciec mój namalował dla złodziei pomp, którzy nożem tną kabel pod napięciem, żeby się zastanowili dwa razy 😉

p1

p2

p3

p4

p5

p6

p7

p8

p9

p10