barbarzyńca w ogrodzie;)

Miało się  walić i palić, a miał być wykonany plan minimum, i po części został, bo nic nie wspominałam jednak o deszczu, więc z poślizgiem porwałam się dziś z młoteczkiem na „pępowinę” z cegieł, która łączyła budynek matkę ze Stodołą. Kiedy tak waliłam tym młoteczkiem  uświadomiłam sobie  jakim to niewybaczalnym błędem była by nieprzemyślana przestrzeń w ogrodzie,  już teraz ów ogród mówi, a właściwie szumi,  wskazuje, łączy i dzieli, intuicyjnie jednak nie mogę do niego podejść, zbyt cenny dla mnie jest to  kawałek podłogi. Nie odziedziczyłam po mamie lekkiej ręki do zielska, która wiążąc ze sobą dwa chabazie robi coś całkiem niesamowitego, jak ta rama widokowa na zdjęciu. Za to mam garden composera i nie zawaham się go użyć;) Czy  zrobię go tematycznym, nie wiem, na pewno musi mówić. Tu link do innych niezwykłych niezwykłości: przestrzeń.
Nie będę  sadzić teraz orzechów, ponoć i tak sadzi się  jesienią, zapewniłam  im więc nietykalność  powiedzonkiem z naszej wsi: „raz dwa trzy to moje…”;) i grzecznie w pokrzywskach będą czekać na szpadel.
Nie powstanie tu hortus palatinus, a tym bardziej sacro bosco ani Zofiówka z Humania, dialogu potrzebuję z tą ziemią chociażby takiego jaki nawiązali sąsiedzi z ich kawałkiem sielskiej wsi.