Gimnastyka ogrodu, dzień 2.

Koparkę znów zastała noc, dziś ponownie od 17:00, będzie kończyć drogę i równać skarpę + kosmetyczne poprawki spadku. Muszę cieplej się ubrać, po 20:00 w kościach czuć bardziej zimę niż wiosenny chłodek.
Plus przemarzania… nie muszę gotować i wplątywać się w całą tą przedświąteczną śmieszną gorączkę.
Podziwiam operatora. To już 3 koparka, którą miałam zaszczyt gościć, pierwsza robiła drenaż budynku, druga robiła drenaż sadu tuż po powodzi. Ta jest trzecia, wcześniej  karczowała sad, nie sprawiała najmniejszych problemów, ale równanie terenu to nie takie tam wyciąganie pieńków, w porównaniu z poprzedniczkami to sędziwa babcia  i wcale nie w sile wieku, eh. Serce mi się kraje jak patrzę w jaki sposób głaszcze tą trawę, ślizga się po glinie, cóż, robotę wykonać trzeba.
Taras stoi, trochę bazaltów na murek oporowy zarzuconych (mam złoże bazaltowych olbrzymów w skarpie przy stodole, kiedyś dawno temu nawieziono je tam kiedy ktoś gdzieś robił wykopy pod jakiś szkaradny domek, nawet nie wiedział jaką przysługę mi zrobi:))) ). Kiedyś chciałam kalinę, perovską i malwy, teraz chcę pobawić się wszystkimi gatunkami traw od pompasowej po niebieską, a na skarpie rząd wiśni, a przy strumieniu leszczyny. Ogród wciąż jest dla mnie wiedzą tajemną, ale traktować będę go jak „wnętrze” (co właśnie czynię), może w taki sposób uda mi się go ujarzmić. Reportaż z dnia wczorajszego: